Bolszewizm niemieckiego Newsweeka

Mam konserwatywne poglądy, ale szanuję inne widzenie rzeczywistości.  Interesuje mnie co myślą inni i jak uzasadniają swoje racje. Może dlatego czasem sięgam po tygodnik, po którym można spodziewać się wszystkiego, z wyjątkiem sprawiedliwej i prawej oceny partii Prawo i Sprawiedliwość. Odkąd się tym czasopismem zainteresowałam, znajduję jednowymiarowe teksty, sprowadzające się do nieprzezwyciężonej chęci dołożenia PiS. I ta stałość jest dla mojego konserwatywnego patrzenia na świat w pewnym sensie interesująca. Jednocześnie zauważam, że owa stałość ataków pcha przeciwników PiS w ogromne zacietrzewienie, w którym jawnie i głośno zgłaszają chęć obrony demokracji metodami pozademokratycznymi.

Mowa oczywiście o tygodniku Newsweek i jego niemieckich właścicielach. Świetny przykład ilustrujący jak w praktyce i rzeczywistości wygląda realizacja własnych interesów państwa, oficjalnie pozostającego sojusznikiem Polski, a nieoficjalnie dogadującego się z Rosją. Także w sprawach dotyczących Polski. Profesor Zdzisław Krasnodębski, socjolog i europoseł z listy PiS, który pracuje i żyje od dwudziestu kilku lat w Niemczech, jeszcze rok temu uważał, że:

”… redaktor naczelny „Newsweeka”, chcąc ocalić swe stanowisko stara się zepsuć opinię prezydenta, przedstawić go w złym świetle. Ma w ten sposób nadzieję, że jeśli relacje polsko-niemieckie nie będą najlepsze, to on ocali posadę. To wygląda na samodzielne działania red. Lisa, aby utwierdzać Niemców z centrali w Hamburgu w tym swoim przekonaniu. Sądzę, że zakończy się to jego niepowodzeniem, bo jak znam niemiecką pragmatykę, to dni pana Lisa w „Newsweeku” są policzone.”

Tymczasem minął rok, a Axel Springer dalej szaleje w Polsce, korzystając ze swoich pieniędzy, które umożliwiły mu zakup polskiej edycji Newsweeka, redagowanego przez człowieka coraz bardziej zaślepionego zajadłością. Przypadek? Nie sądzę.

W numerze 29 z lipca tego roku, polscy dziennikarze wypełniają misję niemieckiego wydawcy i tłumaczą Polakom w czterech wywiadach i kilku tekstach lid z okładki: ”…jak PiS niszczy kraj i dzieli Polaków”. I jak zawsze w przypadku autorytetów III RP, ci którzy głoszą, że są obrońcami tolerancji, nie tolerują nikogo, kto nie podziela ich poglądów. Więcej, nie znają granic w atakowaniu, zgodnie ze szkołą Adama Michnika. Bo czyż granicą ataków nie powinien być ból po stracie bliskich, ból który każe w cywilizowanym świecie uszanować rozpacz każdego, nawet przeciwnika. Wykorzystanie zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego, cierpiącego z powodu tragedii smoleńskiej w kolażu na okładce Newsweeka jest dowodem na to, że  autorytety III RP, głosiciele tolerancji i demokracji, uznają wyłącznie swoje prawa – z wyłączeniem nawet prostych ludzkich odruchów –  w imię wyznawanej racji. Czysty bolszewizm, (warto i z tej strony przeprowadzić analizę, pani profesor Staniszkis!), pod którym przez swój aktywny udział podpisali się wymienieni na okładce numeru: profesor  Jan T. Grass, profesor Marcin Król, profesor Zbigniew Mikołejko.  Ale to Jarosława Kaczyńskiego i nas z PiS niemieckie i inne media oskarżają o łamanie norm cywilizowanego świata, podobnie jak to robią bohaterowie ostatniego wydania Newsweeka.

Prof. Jan T. Grass w przywołanym numerze Newsweeka tak przedstawia przyszłą historię Polaków: ” Czytałem gdzieś, że wybory w 2015 roku PiS wygrało m.in. dzięki poparciu wsi, która; po raz pierwszy nie zagłosowała masowo na PSL, lecz na Kaczyńskiego. Bo tak kazał ksiądz z ambony.  Kościołowi zależało na wygranej PiS nie tylko z powodu gwarancji materialnych, które zapewniła mu ta partia. Chodzi także o wspólne pisanie historii. Wydaje mi się, że w konsekwencji dobrej zmiany polskie społeczeństwo będzie w przyszłości rozliczać nie tylko Ziobrę, Kaczyńskiego czy Maciarewicza, lecz także Kościół rzymskokatolicki”.

W przypadku tego myśliciela, stwierdzenie nie dziwi, bowiem sam jest autorem znanym z opisywania historii według własnych tez, bez poszanowania dowodów i materiałów źródłowych. Jan T. Grass przypisuje innym mentalność podobną swojej. Bo czyż może być inaczej, skoro Jego, Grassa,  argumentacje pochwalił sam Adam Michnik? Oczywiście, że nie.

Dalej w przewidywaniach konsekwencji rządów PiS i receptach na zmianę zgodną z oczekiwaniami autorytetów III RP, idzie  w interpretacji potrzeb demokracji prof. Zbigniew Mikołajko, podpowiadając za co  i jak rozliczyć PiS: ” …Powinno się wyłonić instytucję – taką narodową komisję prawdy i sprawiedliwości – która na oczach społeczeństwa dokonałaby moralnego, symbolicznego oczyszczenia. Żeby ci ludzie przyszli i odpowiedzieli nam, dlaczego posuwali się do niecnych działań”.

I mówi także co nam da takie rozliczenie: „Ono nam wszystkim jest potrzebne, żebyśmy zobaczyli, że ci, którzy posuwają się do zła, a faryzejsko głoszą dobro, zostali w jakiś sposób ukarani. Nie przez sądy, nie przez więzienie, nie przez obozy internowania, nie przez wyrzucanie z pracy, tylko przez obnażenie własnych, nieczystych działań przed wszystkimi.”

W przypadku tego myśliciela, stwierdzenie nie dziwi, bowiem szukając komunistycznej mentalności u innych, zapomniał zacząć jej szukać u siebie. Propaguje publiczną samokrytykę jako narzędzie naprawiania i krzewienia demokracji – jak wytrawny bolszewik, czyż nie tak, pani profesor Staniszkis?.

W dyskursie o naprawianiu i tworzeniu prawdziwej demokracji przebija poprzedników Marcin Król, też jak reszta, profesor: „Wszystko musi się rozpieprzyć. Być może w okresie przejściowym pojawią się reżimy autorytarne, ale one nie dostarczają trwałych rozwiązań i przeważnie szybko się kończą. Wzorem jest dla mnie Machiavelli, który ;powiada, że złej republiki  nie da się naprawić. Można ją tylko zbudować od nowa.”

I odpowiada, na pytanie; czy trzeba ukraść radykalizm naszym przeciwnikom?: „I uczynić go radykalizmem w imię wolności. Ale nie wolności dla dobrobytu, lecz wolności do uczestnictwa w demokracji”.

Demokracja na gruzach rozpieprzonej demokracji czy terror? To przecież czysty bolszewizm, prawda pani profesor Staniszkis?

Naczelny Newsweeka jest zgodny z wynajętymi rozmówcami i pisze we wstępniaku, broniącym jak zawsze u niego demokracji przed „dyktaturą Kaczyńskiego”: „Funkcjonowanie w paradygmacie demokratycznym traci sens, gdy demokracja staje się fikcją. Sens tracą uśmiechnięte demonstracje i poselskie zaklęcia. Po dobroci ta władza raczej nigdy nie ustąpi”.

Skomentować to wszystko można tylko w jeden sposób. Istotą demokracji są wolne wybory wolnych obywateli. Tak uważa Prawo i Sprawiedliwość.  Nasi przeciwnicy nie mogą się z tym pogodzić i brną  w absurdalną argumentację. Obok opisanych przykładów jest jeszcze w numerze wywiad z panią Aniją Rubik, która ma niezwykle dojmujące spostrzeżenia o polskiej tragedii i wraz z przyjaciółmi planuje nagłośnić ją świecie: „W Polsce było dużo przestrzeni do działania w teatrze, w kinie, w sztuce, w modzie. Była energia, entuzjazm i nagle uderzyło coś takiego jak rząd PiS. Totalne podcięcie skrzydeł”.

Powiem tyle – podobno głupota najlepiej fruwa, więc może dobrze podciąć jej skrzydła.

Beata Mateusiak-Pielucha

wPolityce.pl