„Pisowski bolszewizm” czy „brukselski rasizm”

Bronimy prawa do rządzenia jakie dał nam demokratyczny porządek. Niekonstytucyjne jest kwestionowanie tego prawa. I to nazwałabym odruchem bolszewickim.

Jestem członkiem Prawa i Sprawiedliwości i dalibóg, nie czuję się bolszewikiem. Powiem więcej – wiem, że nim nie jestem i wiem dlaczego. I stąd nie jest mi łatwo zrozumieć profesor Jadwigę Staniszkis, choć usilnie próbuję. A moje próby zrozumienia dotyczą głównie aktywnego popularyzowania przez Nią w mediach określenia „pisowski bolszewizm”. Jako że sama  zajmuję się na co dzień zjawiskiem, które nazwałam „brukselskim rasizmem”, wiec sądzę, że mamy z panią profesor po drodze.

Oczywiście nie w pracy naukowej, ponieważ szanuję dorobek naukowca, którym jest pani Staniszkis, a sama naukowcem nie jestem. Jednak zauważyłam ostatnio, że pani profesor przedkłada nad badania działalność publicystyczną i polityczną, a że polityka jest i w moim przypadku znaczącą częścią życia, więc widzę, że mam o czym z panią profesor dyskutować. Dla mnie członkostwo w PiS od zawsze oznacza nie mniej i nie więcej jak odpowiedzialność za Polskę – emocjonalną, w głośno wyrażanych poglądach i merytoryczną, polegającą na współrealizacji zapisanych w programie partii przedsięwzięć.

Kiedy wybitny naukowiec staje się publicystą, jak w przypadku pani profesor,   oczekiwania wobec takiej osoby są wielkie. I często spełnione, pod warunkiem, że diagnozy rzeczywistości, które przedstawia i ich nazwy, są trafne, poparte argumentami, a nie tanim populizmem. Piszę ten komentarz, bo niestety wątpię czy tak jest w serii  wypowiedzi pani Jadwigi Staniszkis, pisanych dla  tygodnika „Do Rzeczy”.

Pani profesor stwierdza: „Kiedy krytykuję Prawo i Sprawiedliwość za antykomunistyczny bolszewizm, mam na myśli kontekst historii idei. Bo jesteśmy wciąż po wschodniej stronie osi dzielącej Europę.”

Różnica pomiędzy zachodnią a wschodnią Europą rzeczywiście widoczna była przez wieki. Najprościej rzecz ujmując, polegała na odmiennym budowaniu świata. Zachodni świat to tworzenie prawa dla wszystkich, łącznie z władzą, podczas gdy Wschód to prawo dla wszystkich, określone przez władcę. Tak było, ale czy jest? Dzisiejszy Zachód według pani profesor to „ …krytyczne obserwowanie siebie, żmudne budowanie instytucji, szacunek dla empirii, prawa i wolność …”,  podczas gdy Wschód to „…arbitralna wola, awangarda, dyscyplina, lojalność i brak zaufania do wszystkich, którzy bronią swej autonomii.” I z taką wizją dzisiejszej Europy się nie zgadzam, formułując jako wyraz moich przekonań nazwę „brukselski rasizm”.

Czy naprawdę uważa pani profesor że państwa dzisiejszego zachodu działają z poszanowaniem empirii, praw i wolności? Że taka jest Unia Europejska? Wolne żarty. Obowiązuje podział na lepszych i gorszych, na słuszniejszych i mniej słusznych, a punktem odniesienia nie jest już wspólny, dzięki chrześcijaństwu, zestaw wartości, ale medialnie wykreowana dowolność we wszystkim. W tym nowym świecie, którego pani profesor  nie chce dostrzec, nie ma już osi Zachód-Wschód w miejscu, które pani wskazuje. Jest jawniejsza niż kiedykolwiek siła kapitału i tylko ona się liczy. Według książkowej definicji rasizm to: ”zespół poglądów, według których istnieją naturalne i wrodzone różnice między rasami ludzkimi, co musi prowadzić do dominacji jednej nad pozostałymi”. Wykorzystałam tę definicję, wymieniając słowo „rasami” na „państwami” i twierdzę, że tu przebiega oś podziału. Żyjemy w czasach, w których Zachód staje się uosobieniem z jednej strony chaosu wartości, a z drugiej porządku interesu silniejszych nad racjami słabszych.

Pani zarzuca nam z PiS, że „… utożsamiają władzę z arogancją i ze skutecznością jej koncentrowania a nie jakością rządzenia.” Czy z racji sporu o skład Sądu Najwyższego toczonego właśnie w USA pomiędzy demokratami a republikanami także ogłosi pani Profesor bolszewizację Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej? Proszę spróbować, byłabym ciekawa takiego wywodu. Czy byłby równie jednoznaczny jak w  stosunku do PiS: „…obecnie świat postrzega rządzących jako aroganckich i irracjonalnych oraz – bezczelnych w ich próbie pełzającego (przez akty niższego rzędu) zmieniania konstytucji i zamachu na podział władzy.”

Pisze pani o „pisowskim bolszewizmie”, jednocześnie przymykając oko na fakt, że zasady bolszewizmu od początku ich stosowania przez Lenina prowadziły do terroru partii wobec społeczeństwa, a w okresie rządów Stalina do masowego ludobójstwa. W przypadku prezesa Jarosława Kaczyńskiego i PiS jest to groteskowe oskarżenie, zważywszy dzisiejszą dowolność stowarzyszeń i wolność wyrażania  opinii na ulicach polskich miast. Rozumiem, że, pani  już wie dokąd prowadzi obrana przez nas  droga i dokąd zatem musimy wcześniej czy później dojść. Ale myli pani swoją interpretację zdarzeń, która jest jedną z możliwych, z prawdą dowiedzioną. Otóż twierdzę, że bronimy prawa do rządzenia jakie dał nam demokratyczny porządek. Niekonstytucyjne jest kwestionowanie tego prawa. I to nazwałabym odruchem bolszewickim.

Według pani profesor PiS w iście „bolszewicki” sposób złamał zasadę trójpodziału władzy, odmawiając Trybunałowi Konstytucyjnemu czyli władzy sądowniczej jej mitycznej roli nadzorcy, do którego można się odwołać w razie sporów wewnątrz demokratycznego państwa. Pani profesor twierdzi, że „pisowski bolszewizm” wynika z tego, że PiS nie szanuje prawa. I znów trudno nie zauważyć, że Monteskiusz nie tylko wymyślił zasadę trójpodziału władzy, ale także równoważności każdego z rodzajów władzy. Art.10 naszej konstytucji stwierdza, że władza sądownicza jest równoważna w stosunku do władzy wykonawczej i ustawodawczej. Trybunał Konstytucyjny jest wpisany do konstytucji jako organ władzy sądowniczej. Nieuprawnione jest twierdzenie pani profesor o tym, że Trybunał Konstytucyjny stoi na straży demokracji. Na straży demokracji stoimy my, naród czyli jak zwykło się teraz mówić – suweren, który wybrał do przestrzegania konstytucji swojego przedstawiciela czyli prezydenta. Prezydent jest gwarantem demokracji w Polsce, a nie Trybunał. Pani profesor ma zastrzeżenia do działań czy ich braku ze strony Prezydenta i pisze „…była możliwość kompromisu – prezydent Andrzej Duda z niej nie skorzystał”. Pani za szybko oceniła Prezydenta. Moim zdaniem jego działania zmierzają do tego, by obudzić wolę polityczną polityków, bo to przecież oni stanowią prawo. Jeśli teraz odpowiedzą na apel prezesa Jarosława Kaczyńskiego, to znajdą wyjście w sprawie Trybunału. Uważam, że słusznie postępuje pan Prezydent, doprowadzając do uznania przez wszystkich polskich polityków konstytucyjnej prawdy o równoważności każdego z rodzajów władzy. To, że nie robi tego manifestacyjnie i znosi ataki, świadomy nadrzędności prawa nad PR, dowodzi, że mamy właściwą osobę na właściwym miejscu.

W kolejnym tekście pani profesor w „Do Rzeczy” czytam:  ”Powinny zwyciężyć interes Polski, rozum i przyzwoitość. Jednak na razie to wszystko jest niszczone!”  Z pierwszym zdaniem się zgadzam, z drugim nie. Polityka to świat materialny, choć nie obojętny na idee. W polityce pogodzenie skuteczności rządzenia z oczekiwaniami wszystkich względem rządzących nie jest możliwe.  Konflikt zatem jest zjawiskiem naturalnym i może, ale nie oznacza jednoznacznie zniszczenia rozumu czy przyzwoitości, a już na pewno interesu Polski. Pod jednym wszakże warunkiem – że nie dojdzie do zdrady, rozumianej jako załatwianie polskiego interesu przez nie-Polaków  i nie-polskie państwo zgodnie z porządkiem rzeczy ustanowionym przez „brukselski rasizm”. I to są podstawy do lęku przed zniszczeniem wszystkiego, pani profesor.

Recenzuje pani z zapałem prezesa Jarosława Kaczyńskiego a ja czekam na podobną recenzję profesora Andrzeja Rzeplińskiego pani autorstwa. Uważam, że „… interes Polski, rozum i przyzwoitość” są niszczone, ale akurat przez niego. I myślę, że pani milczy w tej sprawie właśnie dlatego, by tego głośno nie powiedzieć. Czy nie budzi pani zażenowania nazywanie przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego Ministra Sprawiedliwości polskiego rządu „panem Zbyszkiem”? Mnie razi. Jak i fakt, że to profesor Andrzej Rzepliński podgrzewa atmosferę polityczną w Polsce i trzeba mieć dużo złej woli wobec PiS, by tego nie zauważać. W odróżnieniu od przedstawicieli „brukselskiego rasizmu”, którzy widzą więcej niż tylko polską rzeczywistość.

Beata Mateusiak-Pielucha

wPolityce.pl