Jestem za repolonizacją mediów – powody i dowody

80 proc. mediów ogólnopolskich i 90 proc. regionalnych ukazujących się w Polsce ma niemieckich właścicieli.

Moja przyjaciółka opowiadała mi niedawno historię, od której chcę zacząć tekst o potrzebie repolonizacji mediów. Otóż, jej syn, który jeszcze kilka lat temu chodził do przedszkola, chciał oglądać jak wszyscy koledzy, nadawany przez TVP po raz kolejny i niepoliczalny już, serial o pancernych i psie. Przyjaciółka się zgodziła, bo sama w dzieciństwie była zafascynowana losami Janka i Marusi, i nie przeszkodziło jej to dojrzeć oraz poznać i rozumieć prawdziwą historię „przyjaźni” polsko-radzieckiej.

Co to wszystko ma wspólnego z mediami w Polsce? A to, że na skutki oglądania „Czterech pancernych…” nie trzeba było długo czekać. Syn przyjaciółki podczas uroczystego spotkania w przedszkolu z przedstawicielami ambasady Niemiec, na pytanie „Co dzieci wiecie o Niemcach?”, wyrwał się do odpowiedzi jako pierwszy i bez wahania krzyknął: ”Niemcy to nasz wróg!”. Tak nauczył go patrzeć na Niemców i Niemcy obejrzany serial, bo tak wielką siłę w kształtowaniu powszechnej świadomości mają współczesne media. Internet walczy, ale są to jak dotąd jedynie partyzanckie potyczki z ludzką wiedzą i świadomością. Aha, i jeszcze uwaga dla tych, którzy mi zarzucą, że posługuję się przykładem mało odpornej świadomości dziecka. Przypomnijcie sobie, kto pierwszy krzyknął, że król jest nagi.

Czy mamy problem ze skalą wpływu niemieckiego kapitału na działające u nas media? Obserwując rynek mediów w Polsce widzę, że te z niemieckim kapitałem działają wyłącznie w interesie Niemiec i wytrwale, ciągle i konsekwentnie uczą nas o niemieckiej wyższości i naszej niezdolności do samodzielnego stanowienia o sobie. Dlatego chcę repolonizacji mediów. Powody i dowody są następujące.

Myśląc poważnie o polityce, nie można nie dostrzegać jej cechy podstawowej, jaką jest dbanie o swoje interesy przez każde z państw, nawet jeśli jest się z innymi w sojuszu. Oficjalnie nazywa się to ładnie „racją stanu”. Kiedy zastanowić się nad pytaniem czy niemiecką racją stanu jest silna czy słaba Polska, to z dwóch możliwych odpowiedzi wybieram „słaba”. Tylko taka stanowi doskonałe zaplecze kadrowe i rynek wart zachodu dla firm z niemieckim kapitałem. To samo pytanie zadane Polakom, tyle że o rosyjską rację stanu, musi prowokować podobną odpowiedź – „słaba”, a to dlatego, że od zawsze obowiązująca w Rosji doktryna obrony granic przez ekspansję i podporządkowanie sąsiednich państw swojej woli, rozkwita w ostatnich latach coraz to nowymi wojnami. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że inna z podstawowych zasad, obowiązująca w polityce czyli „dziel i rządź”, jest równie często choć w różny sposób stosowana względem Polski zarówno przez Niemcy jak i Rosję.

Obroną przed zawłaszczaniem świadomości Polaków przez bogatszych czy silniejszych sąsiadów jest szacunek nas samych dla siebie. I duma z naszej historii. I jedno i drugie powinniśmy budować także poprzez dbające o taki przekaz media. Media jednoczące Polaków, a nie dzielące nas tak, byśmy żyli w przekonaniu, że różnica w poglądach oznacza zaraz kłótnię. Trudno się jednak dziwić takim przekazom, skoro większość dziennikarzy pracuje u niemieckich właścicieli.

Medialna wojna, która toczy się od lat, ma przynieść panowanie nad świadomością Polaków. Byśmy w poczuciu winy podporządkowali się woli innych i bez sprzeciwów zgodzili się na niemiecką dominację nad jedną trzecią dzisiejszego naszego terytorium. By zrekompensować bogatszemu i mającemu poczucie wyższości sąsiadowi „wielką tragedię niemieckiego wschodu” jak ciągle nazywają Niemcy polskie Ziemie Odzyskane, a od niedawna i Górny Śląsk.

Medialna, wojna która toczy się od lat, ma przynieść panowanie nad świadomością Polaków, byśmy w poczuciu własnej niemocy i ciągłej kłótni nie przeszkadzali w porządkowaniu Europy przez od wieków o niej decydujące układy Rosji i Niemiec, aprobowane przez Anglię i Francję. Jaki wpływ ma na naszą świadomość i narodową jedność informacja kreowana w Moskwie dowodzi historia katastrofy smoleńskiej, zamieniona przez media w narodową histerię. Rosjanie nie kupują jak Niemcy polskich mediów, by kreować przychylną sobie świadomość w polskich głowach. Rosjanie korzystają z pozostawionej w Polsce armii agentów wpływu i  równie wielkiej armii pożytecznych idiotów, o zwykłych sprzedawczykach nie wspominając. Cenię i szanuję szansę, jaką dla Polski i Polaków stanowi przynależność do Unii oraz NATO. Jednocześnie myślę, że korzyści z wykorzystania tej szansy będą tym większe, im bardziej będziemy w obu tych organizacjach obecni w procesie podejmowanych tam decyzji, głównie dla obrony interesów Polski i Polaków. Musimy po prostu traktować przynależność do Unii jak ekonomię. Liczyć zarówno przychody, o których mówią wszyscy, jak i koszty, o których mówią nieliczni rozsądni, nazywani zaraz w mediach eurosceptykami.

Dowody

Prusy Wschodnie, należące teraz do Polski, to teren zapaści gospodarczej i komunikacyjnej. Polskie wybrzeże pozbawione zostało przemysłu stoczniowego w czasie, w którym Niemcy dotowali swoje stocznie. My posłusznie, zgodnie z zaleceniami Unii, pozbawiliśmy je wsparcia. Niemieckie stocznie, wsparte brakiem konkurencji, rozwijają się. Nic więc dziwnego, że w lokalnych mediach pojawia się pytanie, dlaczego tereny te kwitły, kiedy nie były polskie?

Górny Śląsk to krok dalej. Ruch Autonomii Śląska, głównie z pomocą „Dziennika Zachodniego”, ale nie tylko, głośno postawił pytanie tytułem „A gdyby cały Śląsk pozostał niemiecki do 1945 roku?”, a dyskusja dowodziła, że to Polacy osłabili Śląsk. Ruch Autonomii Śląska w lokalnych mediach nie kryje swej proniemieckości i dowodzi, że Śląsk nie jest i nie będzie polski, a przecież RAŚ współrządzi województwem śląskim z PO i PSL.

Szczecin to jeszcze krok dalej. Szef niemieckiej SDP nazwał miasto „przodującym miastem w gospodarce Meklemburgii”. Jednocześnie rząd Meklemburgii-Pomorza Przedniego określił polski program budowy elektrowni jądrowej jako ”niepełny, niedbały i bagatelizujący zagrożenia”, a do Komisji Europejskiej wpłynął protest niemieckich landów przeciw budowie w Polsce elektrowni. To było pięć lat temu i od tego czasu z elektrownią jest jak ze stoczniami.

Podobna historia miała miejsce z polskimi łupkami. W Brukseli to głównie niemieccy eurodeputowani próbowali zakazać szczelinowania. Całkowitego zakazu nie uzyskali, ale sprawa łupków w Polsce dalej jest nierozwiązana. Świnoujście, kiedyś port z perspektywami, dzisiaj ograniczany w rozwoju, ponieważ gazociąg Nord Stream uniemożliwia wpływanie do portów w Świnoujściu i Szczecinie statków o zanurzeniu większym niż 12,5 m. Jednocześnie Świnoujście, miasto na wyspie Uznam, jest lepiej skomunikowane z Niemcami, niż z Polską.

Dla Polski ważne są kontakty z Kijowem. Dla Niemców z Moskwą. Niemcy chcą skłonić Kijów do ustępstw na rzecz Moskwy, a Polacy mogliby w tym przeszkadzać, więc nie ma nas w rozmowach o wojnie, która toczy się przecież za naszą granicą.

Dalsze mnożenie przykładów nie ma sensu. Ten kto patrzy i widzi, ten wie. Ten kto tylko patrzy, wie, że wie. I nie jest to tylko gra słów. Media nie są potrzebne do tego tylko, by przekonywały, jak w przypadku sprawy dobrego gospodarza Ziem Odzyskanych czy Śląska, ale głównie po to, by zajmowały. Obracanie się w kręgu spraw poruszanych w mediach daje nam poczucie złudnej wolności wyboru. Jesteśmy tacy mądrzy, że aż jesteśmy przeciw. Tymczasem ważne sprawy biegną niezauważone obok. Tak działają niemieckie media w Polsce. Dlatego jestem za ich repolonizacją. Za ograniczeniem skali własności obcego kapitału najwyżej do kilkunastu procent. W Portugalii jest to 10%, we Francji 20%, a na Węgrzech 40. Nie jest łatwo kupić media nawet w USA. Niemieckie prawo nie zakazuje obecności zagranicznych koncernów w mediach, ale w praktyce Niemcy stosują zasadę: Wszystko co wasze, to nasze, a co nasze, to wam nic do tego. Zacznijmy konsekwentnie stosować przynajmniej drugą część tej zasady. Przyjaciele z Zachodu zrozumieją, w końcu przyjaźń wymaga wzajemności.