Opozycja chce politycznej wojny na śmierć i życie w każdym możliwym czasie i miejscu

Większość Polaków w październikowych wyborach zażądała realizacji programu Prawa i Sprawiedliwości. To daje PiS legitymację do wprowadzania rozwiązań z programu partii. Po wydarzeniach ostatnich tygodni, a szczególnie po wczorajszych demonstracjach, widać, że opozycja nie chce debat w Sejmie nad sprawami Polaków i Polski, nie chce debat nad propozycjami PiS. Opozycja chce politycznej wojny na śmierć i życie w każdym możliwym czasie i miejscu.

Po pierwszej bitwie o sens uchwalania ustaw, pozwalających realizować program PIS bez blokady ze strony politycznie wrogiego Trybunału Konstytucyjnego, w najbliższych dniach czeka polską politykę kolejna bitwa. O media. I znów starcie, sprowokowane przez opozycję i jej zaplecze medialne (TVP, PR, Gazeta Wyborcza etc.), stanie się, ze względu na zasięg, osią oceny rządzącej partii przez wszystkich Polaków. Zarówno Polaków oczekujących od PiS wymiany dotychczasowej społecznej elity w konsekwencji realizacji programu partii jak i tych, uznających tę grupę społeczną za nienaruszalną. Jak pokazały ostatnie wybory parlamentarne, partie zmiany elit (PiS, Kukiz`15) mają w Polsce mniej więcej tyle samo zwolenników, co partie zachowania ustalonego w 1989 roku porządku (PO, Nowoczesna.pl, PSL). Polacy są podzieleni i broniąc swojego światopoglądu, swojego rozumienia świata i życia, utrwalają podział, a media swoją działalnością pomagają utrzymać taki stan rzeczy. Problem w Polsce jest w tym, że media są politycznie zaangażowane i równocześnie nie szukają porozumienia poprzez próbę zrozumienia różnych racji podzielonych Polaków, ale szukanie argumentów na potwierdzenie uznanych przez siebie racji. Dlatego tak ważne jest pytanie o pochodzenie, źródła racji prezentowane przez działające w Polsce ośrodki medialne.

Jeśli Niemcy kontrolują 80% polskich gazet a w swoim państwie wprowadzili limity dla obcego kapitału na rynku medialnym, to bez oskarżeń pod adresem niemieckiej polityki w stosunku do Polaków, po prostu zmieńmy obecny podział na nowy, korzystniejszy dla naszej samodzielności w europejskiej wspólnocie. Obrońców istniejącego kapitałowego podziału rynku medialnego uznać należy za ludzi kupionych przez zainteresowane koncerny. Albo za pożytecznych idiotów. W jednym i drugim przypadku nie należy się liczyć z ich opinią. Jeśli PO, PSL i SLD kontrolują 100% programów polskiej telewizji publicznej, a pokazują się w ulicznych marszach jako obrońcy demokracji, zmieńmy obecny niedemokratyczny podział wpływów, skoro został ustanowiony bez udziału dawnej opozycji. Oddajmy telewizję publiczną Polakom. Rzecz w tym, że obrońcy istniejącego podziału znowu będą protestowali, zarzucając PiS zawłaszczenie telewizji dla siebie, zanim jeszcze poznają proponowane rozwiązania. Problem braku porozumienia i nowej bitwy politycznej wyniknie z faktu, że dzisiejsi właściciele telewizji publicznej wiedzą lepiej. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie wiedzą. I z tego powodu będzie trzeba rozegrać kolejną polityczną potyczkę.

Jeśli debaty nie są możliwe, konieczne stają się głosowania. Tak właśnie wygląda dzisiejszy dylemat władzy PiS. Brak demokratycznych zachowań opozycji i odrzucanie zdobytego przez PiS prawa do rządzenia Polską sprawia, że PiS ma do wyboru, albo pogodzić się z brakiem możliwości wdrożenia obiecanych Polakom rozwiązań, albo ścierać się z opozycją na wyznaczonym przez nią polu. A to pole politycznej wojny na śmierć i życie właśnie.

Powyborcza wygrana PiS czyli wdrożenie programu partii, zależy od sprostania „obrońcom demokracji”, którzy swoją siłę skierowali w łamanie demokratycznych reguł, a obronę tych reguł nazwali „kaczyzmem”. I udaje im się utrzymać taki stan w Polsce dzięki medialnej przewadze. Czy zatem nie jest słuszne oddanie decyzji Polakom? Jest i dlatego PiS chce telewizji narodowej. Zanim to jednak uczyni, musi przeżyć kolejny medialny atak.

Myślę, że jego skutki i wynikające dla partii straty wizerunkowe zależą już nie tylko od mediów. Przede wszystkim od woli Polaków do budowania wspólnoty, niezależnie od politycznych sympatii i antypatii. Dzisiaj wydaje się to być utopią i nierealnym politycznym pomysłem. Ale jutro?

Beata Mateusiak-Pielucha