Czy politycy wywodzący się z tak różnych światopoglądowo środowisk współczesnych Polaków są zdolni do porozumień w imię istnienia wspólnoty Polaków, zorganizowanej w państwo polskie?

Myśl o potrzebie doprowadzenia do tego, by w Sejmie obok rozmów o polityce pojawiły się rozmowy o Polsce, przywołała we mnie dyskusja na temat Trybunału Konstytucyjnego.

ed3f8b81b9fe45d2ad50ec99eecf26d3

A potem wystąpienie marszałka seniora Kornela Morawieckiego i owacja na stojąco po jego słowach: …nad prawem jest dobro Narodu! Jeśli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać to za coś, czego nie możemy naruszyć i zmienić. To mówię – prawo ma służyć nam! Prawo, które nie służy narodowi to jest bezprawie!Wiem, mówienie głośno o porozumieniu może napotkać kontrę, szczególnie kiedy wyobrazi się sobie owo porozumienie z wyznawcami wszechwładzy telewizyjnych schematów myślowych, pozwalającymi na przykład dalej być popularnym facetowi, który wtykał publicznie polskie flagi w psie gówna. Ale to moja pierwsza kadencja w Sejmie, więc mogę nie wiedzieć, że się nie da. I myślę o porozumieniu w sprawach, które nie podlegają podziałowi władza – opozycja, a dotyczą Polski i Polaków. Taka niewiedza już wielokrotnie zmieniała wiele, dlaczego nie i tym razem, i w tym Sejmie?

Muszę zebrać te „dlaczego nie”, by odpowiedzieć sobie i innym jak „nie” przezwyciężyć – w imię wspólnoty pod nazwą Polska.

Pierwsze „nie” wynika z trwałego historycznego podziału wśród Polaków.

Przez ostatnie ponad dwieście dwadzieścia lat osiemdziesiąt procent tego czasu Polska była pod okupacją innych państw. Każda niewola skutkuje wśród zniewolonych tym samym, podziałem na tych, którzy współpracują z okupantem, na tych którzy z nim walczą i na bierną większość, starającą się po prostu przeżyć. Ostatnie podziały, wynikające z zagarnięcia polskiej suwerenności przez Moskwę pod hasłem wyzwolenia, skutkują do dzisiaj różnym myśleniem o prawach i obowiązkach, wynikających z faktu bycia Polakiem. Jednym zdaniem, te historycznie wymuszone różnice świadomości określa traktowanie jak narodowego bohatera albo pułkownika Kuklińskiego, albo generała Jaruzelskiego czy Kiszczaka.

Drugie „nie” wynika z pokoleniowej kontynuacji światopoglądu uprawianego zawodu.

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat, licząc od końca II wojny światowej, sto procent tego czasu Polacy przeżyli pod przywództwem elit, narzuconych przez Moskwę. Oprócz ludobójstwa, którego na Polakach dokonali po wrześniu`39 Niemcy oraz Rosjanie, ci ostatni dodatkowo narzucili nam pod osłoną pozostawionej w Polsce armii, ludzi władzy, tworząc aparat administracyjny, w tym system sprawiedliwości dla przyszłej Polski. Mieli oczywiście na to zgodę tych, którzy do dzisiaj twierdzą, że nigdy nie zdradzili żadnego sojusznika. Dla wymiaru sprawiedliwości fakt, że sędziowie z II Rzeczypospolitej zostali przez Moskwę albo zamordowani, albo niedopuszczeni do powrotu do zawodu, ma znaczenie do dnia dzisiejszego. Nowy, powojenny i komunistyczny system sprawiedliwości dla Polaków obejmował także wychowanie sędziów, służących komunistom. Potomków tych sędziów przywiezionych do Polski i tych wyszkolonych na przyspieszonych dwuletnich kursach odziedziczyliśmy po Okrągłym Stole, a ich kolejne pokolenie wydaje dzisiaj wyroki, budzące sprzeciw każdego rozsądnego Polaka.

Trzecie „nie” wynika z doraźnych interesów, stworzonych w ciągu ostatnich ośmiu lat przez układ pomiędzy politykami a ich wyborcami.

Dla polityków PiS podmiotem uzyskanej władzy są wyborcy – Polacy. Twierdzę, że przez ostatnie dwadzieścia pięć lat tak nie było. Szczyt lekceważenia dla racji Polaków nastąpił podczas ośmioletnich rządów PO-PSL, kiedy to Sejm pod dyktando tej koalicji odrzucił dwadzieścia pięć obywatelskich inicjatyw ustawodawczych.

Każde „dlaczego nie” naszkicowałam jedynie, by nie zamęczać zainteresowanych. Pytanie dnia brzmi natomiast: czy politycy wywodzący się z tak różnych światopoglądowo środowisk współczesnych Polaków, potomkowie zarówno biernych, jak i walecznych, jak i kolaborantów są zdolni do porozumień w imię istnienia wspólnoty Polaków, zorganizowanej w państwo polskie? Myślę, że pytanie nie jest naiwne, a raczej politycznie pragmatyczne, ponieważ aktualnie i w przyszłości ocenianym przez Polaków problemem nie jest i nie będzie relacja pomiędzy opozycją a PiS, jak uparcie wmawiali i wmawiają nam dziennikarze z większości mediów. Oceniana jest i będzie relacja pomiędzy partiami a wyborcami. Uważam, że od ostatnich wyborów tak już zostanie, że Polacy jako wyborcy będą zawsze żądali i rozliczali rządzących z jednego: czy chcą rządzić i czy potrafią rządzić w interesie Polaków i Polski? Przez kogo ten interes zostanie zdefiniowany? Przez wyborców oczywiście. Jak? Zależeć będzie każdorazowo od problemu.

Niezależnie od wszystkiego, podstawowym elementem oceny każdej partii przez wyborców jest i będzie od teraz zdolność do formułowania i zawierania porozumień według jednego modelu: politycy a sprawa polska. Na razie, kiedy siedziałam w Sejmie i słuchałam zmagań, dotyczących Trybunału, jak natrętna mucha nachodziło mnie wspomnienie starego dowcipu, za którego opowiadanie można było dostać w poprzedniej Polsce od polskiego sądu kilka lat więzienia. Rzecz dzieje się z początkiem lat pięćdziesiątych, na tej samej sali sejmowej, a do zgromadzonych przemawia marszałek Polski Konstanty Rokossowski, który okropnie się męczy odczytywaniem tekstu po polsku i nagle z audytorium słuchających przychodzi mu z pomocą głośny okrzyk ”Kostia, dawaj pa ruski, my tu wsje Paljaki”.

wpolityce.pl